Rozmowa Mamy: Dzień narodzin moich dzieci był moim najgorszym dniem…

„Dopiero odpowiadając na twoje pytania uświadomiłam sobie jak długą i trudną drogę przeszliśmy, zanim znaleźliśmy się w miejscu, w którym jesteśmy obecnie, a nie wiemy ile jeszcze przed nami. Mam nadzieję, że nasza historia poruszy innych i da nadzieję tym, którzy znajdą się w podobnej sytuacji.”

12674200_201168876921801_240769238_n

 

 

Zapraszam Was na rozmowę z Małgosią, mamą Ani i Stasia, urodzonych 30 czerwca 2015 roku w 23 tygodniu ciąży.

Izabela/Elementarz Mamy: Małgosiu, jak zapamiętałaś chwilę, w której dowiedziałaś się, że będziesz mamą bliźniąt?

Małgorzata Leńczuk-Zalewska: Razem z mężem staraliśmy się 4 lata o dziecko. W 2010 roku zdiagnozowano u mnie PCO (zespół policystycznych jajników) wraz z nietolerancją glukozy, która doprowadziła do cukrzycy. Wtedy pierwszy raz usłyszałam od lekarzy, że nie będę mieć dzieci… Niezliczone wizyty lekarskie, badania, stymulacje, monitoringi owulacji, inseminacje, zastrzyki w brzuch i nic. Moje pęcherzyki albo nie rosły, albo nie chciały pękać i robiły się torbiele, albo w danym cyklu było wszystko super a ciąży nie było. Mój lekarz mówił na mnie „kobieta zagadka” i delikatnie sugerował zastanowienie się nad in vitro lub adopcją.

W styczniu zeszłego roku postanowiłam trochę od tego wszystkiego odpocząć i jakimś cudem zaszłam w ciążę w cyklu naturalnym, bez wspomagaczy… Oczywiście spóźniający się okres był u mnie normą i wykonując kolejny, chyba setny już raz, test nie liczyłam na to, że wyjdzie pozytywny… a jednak pokazały się 2 kreski. Nie do końca w to wierząc, tego samego dnia zrobiłam z krwi beta hcg. Wynik wyszedł dużo za wysoki i od razu pomyślałam, że znając moje szczęście na pewno coś musi być nie tak. Wtedy nawet do głowy mi nie przyszło, że będą bliźniaki. Dopiero gdy lekarz zrobił usg wszystko się wyjaśniło – biły 2 serduszka. Byliśmy z mężem najszczęśliwsi na świecie.

Jak czułaś się w ciąży?

Będąc w ciąży czułam się świetnie. Żadnych nudności czy wymiotów. Wszystkie wyniki były w normie. Od początku ciąży byłam pod opieką diabetologa. Jadłam 6 posiłków dziennie, cukier miałam w normie. Miałam wykonane 2 razy badania prenatalne, które wyszły bardzo dobrze. Wszystko zapowiadało się pozytywnie…

12822168_200571440314878_346014117_n

Kobiety oczekujące bliźniąt często zastanawiają się, jak poradzą sobie z podwójnym macierzyństwem. Planują, szukają informacji „jak to ogarnąć”. Jak Ty wyobrażałaś sobie to podwójne wyzwanie?

Tak naprawdę nie zastanawiałam się tym jak sobie poradzę. Byliśmy tak szczęśliwi, bardzo cieszyliśmy się z tego, że będziemy mieli podwójne szczęście. Moja kuzynka ma 2,5-letnie bliźniaczki. Patrząc jak świetnie sobie z nimi radzi, uważałam, że ja też dam radę. Wszelkie zakupy zaplanowaliśmy na sierpień, czyli ok. 2,5 miesiąca przed planowanym terminem porodu. W rezultacie wyszło na to, że wszystko załatwialiśmy ok. 3 tygodnie przed wyjściem dzieci ze szpitala.

12421825_200571080314914_303959985_n

Jak wspominasz dzień, w którym urodzili się Ania i Staś? Co się stało, że doszło do tak wczesnego porodu?

Pewnego dnia zaniepokoiło mnie to, że podczas korzystania z toalety wyleciał mi czop śluzowy. Zadzwoniłam do lekarza, który pocieszał mnie, że pewnie to nie to, że to pewnie nic poważnego, bo przecież 3 tygodnie wcześniej byłam na wizycie i było wszystko OK. Jednak dla mojego spokoju kazał przyjechać. Po badaniu wezwał mojego męża i powiedział, że jak najszybciej musimy jechać do szpitala, bo mam dwucentymetrowe rozwarcie i przepuklinę pęcherza płodowego. W szpitalu podali mi luteinę, no-spę, antybiotyk i kazali mi leżeć, mówiąc tylko że jest bardzo źle. I tak leżałam przez 6 dni. W międzyczasie lekarze zastanawiali się nad założeniem szwu ratunkowego. Po badaniu przez ordynatora jednak zrezygnowano z tego, ponieważ pęcherz płodowy był już na pół centymetra na zewnątrz i w każdej chwili mogło dojść do jego pęknięcia i porodu. Także pozostało mi leżeć i modlić się. Od mamy dostałam obrazek z Jezusem i modlitwą o cud… błagałam Go żebym donosiła ciążę, ale On miał inne plany…

Jakie prognozy dla Waszych dzieci mieli specjaliści?

Od kiedy trafiłam do szpitala, byłam w bardzo złym stanie psychicznym, ciągle płakałam. Nie mogłam się pogodzić z tym, że po tylu staraniach miałam teraz stracić moje dzieci. Lekarze widząc w jakim jestem stanie nawet nie rozmawiali ze mną. Mój mąż miał rozmowę z zastępcą ordynatora, podczas której dowiedział się, że w każdej chwil może dojść do zakażenia i dla dzieci nie ma szans na przeżycie, ponieważ w pierwszej kolejności będą ratować mnie. Na pytanie, czy są jakieś szanse usłyszał: „wie pan, cuda się zdarzają, ale nie macie na co liczyć”. Po tej rozmowie płakaliśmy oboje prze kilka godzin.

Jak wspominasz narodziny bliźniąt? Jakie myśli towarzyszyły Ci podczas porodu?

Wiele kobiet twierdzi, że dzień narodzin ich dziecka był najpiękniejszym dniem w ich życiu. Dzień narodzin moich dzieci był moim najgorszym dniem…

Po porannym pobraniu krwi do badania, ordynator wezwał mnie do gabinetu gdzie oznajmił, że mam wysoki wynik CRP i niestety muszą zakończyć ciążę oraz że będę rodziła siłami natury. Stwierdził, że: „szanse na przeżycie porodu przez dzieci są bliskie zeru, statystyki są nieubłagane – przykro mi. Będzie Pani miała szansę na przyszłe potomstwo (tzn. zrobi sobie Pani kolejne dzieci). Gdyby to był 24 tydzień to wykonalibyśmy Pani cesarkę i delikatnie wyciągnęli dzieci”. Zabrakło 3 dni do 24 tygodnia ciąży!!!

Odebrano mi resztki nadziei… Na sali porodowej zanim podano mi oksytocynę siedzieliśmy z mężem w milczeniu, nie miałam siły płakać, powiedziałam tylko Bogu… „Panie Boże oddaję te dzieci w Twoje ręce…”

Zanim zaczął się poród, przyszła jakaś kobieta, która pytała czy chcemy pochować dzieci czy zostawić.

Lekarz położnik, który odbierał poród również utwierdzał mnie w przekonaniu, że dzieci nie dadzą rady. Miał czelność zapytać się mnie ile mam wzrostu, i usłyszawszy moją odpowiedź stwierdził, że pewnie będą bardzo małe i nie podołają.

Już w trakcie porodu nagle pojawiła się kobieta, która przedstawiła się jako neonatolog i powiedziała, że jeśli dzieci będą miały wagę 500 gram, mogą je uratować. Mój mąż wtedy wykrzyknął: „teraz nam to mówicie!”. Myślałam, że ich tam wszystkich rozszarpie.

Pierwsza urodziła się Ania, usłyszałam tylko cichy jęk i zaraz ją zabrano. Na sali porodowej nie było nawet wagi, więc w trakcie rodzenia Stasia weszła Pani neonatolog i powiedziała: „540 gram”. Wtedy dopiero pan położnik „się w końcu zamknął” i w spokoju urodził się Staś. Również cichutko jęknął, był owinięty pępowiną i ważył 520 gram. (Jak się dowiedziałam już dużo później, Stasia nawet nie chciano specjalnie ratować, bo był w bardzo ciężkim stanie, ale maluszek za nic nie chciał umrzeć).

Po porodzie odwieziono mnie do sali i dostałam zastrzyk uspokajający, potem zasnęłam. Gdy się obudziłam rano był przy mnie… pan położnik, który powiedział mi, żebym nie ratowała tych dzieci za wszelką cenę bo sobie zmarnuję życie…

Jak wyglądały początki Waszego rodzicielstwa?

Następnego dnia po porodzie byliśmy pierwszy raz na oddziale intensywnej terapii u naszych dzieci. Bardzo się bałam tam iść. Dzieci były bardzo malutkie, ledwo było je widać w inkubatorach, rurka od respiratora była tak ogromna, że zasłaniała ich twarze. Tego dnia rozmawialiśmy z lekarzem neonatologiem, który wypowiedział moje „ulubione” zdanie: „statystyki są nieubłagane”, a szanse dzieci na przeżycie to nawet nie 1%. Dodał jednak, że oni będą robić co w ich mocy, ale o wszystkim decyduje „siła wyższa” i tak naprawdę przez ponad 20 lat swojej pracy widział wiele i nawet tam gdzie nie było nadziei zdarzały się cuda …

12380411_201168996921789_1768372270_n

11940688_201168956921793_1975696659_n

Najcięższe dla nas było pierwsze 2,5 miesiąca ich życia ze względu na ciągłą niepewność, czy maluszki dożyją następnego dnia. Będąc prawie codziennie na oddziale za każdym razem żegnałam się z moimi dziećmi jakby ich jutro już miało nie być. W pewnym momencie było tak źle, że zostaliśmy wezwani do ordynatora na rozmowę, który kazał nam podjąć decyzję, czy w razie ekstremalnych sytuacji np. przy zatrzymaniu akcji serca mają ratować dzieci za wszelką cenę. Twierdził, że „statystyki są nieubłagane” (ulubione słowa lekarzy). Twierdził, że jeśli dzieci nawet dadzą radę to mogą być „roślinkami” i to ja będę miała ciężkie życie, bo mężowie zazwyczaj porzucają rodziny i zostanę sama z „kłopotem”. Oczywiście nie mogą wykonać eutanazji ani zagłodzić dzieci, ale nie muszę się męczyć ze ściąganiem pokarmu, bo zawsze mogą podawać im sztuczne mleko. Szczerość do bólu… ogromnego bólu…

W kim znalazłaś wsparcie w tych trudnych chwilach?

Największym wsparciem był dla mnie mój mąż, który od momentu kiedy dzieci urodziły się żywe ciągle wbijał mi do głowy, że teraz będzie już dobrze. Najbardziej zaskoczył mnie tym, że kiedy załatwiał sprawy w USC nazwał dzieci podwójnym imieniem, które wcześniej wybraliśmy, pomimo że prosiłam go, żeby podał tylko jedno imię. Powiedział wtedy, że podał dwa imiona bo będzie wszystko dobrze. Ogromne wsparcie otrzymałam od mojej mamy i teściowej, które bardzo o mnie dbały i wspierały w tym ciężkim dla mnie czasie oraz wspierają cały czas.

Pamiętasz moment, kiedy dzieci po raz pierwszy dostały Twoje mleko? Co wtedy czułaś?

Jak tylko udało mi się wystymulować odrobinę pokarmu, każdy mililitr był zawożony dzieciom, a zapasy odkładane do zamrażarki. Było to dla mnie wielkie wyzwanie. Pierwszy pokarm dostałam dopiero około 1,5 tygodnia po porodzie. Nie mając dzieci przy sobie było mi bardzo ciężko rozbujać laktację. Dzieci od początku dostały mój pokarm przez sondę. Najpierw była to tylko kropelka, później kilka kropel, a jakiś czas później trzeba było dokarmiać je mlekiem sztucznym, bo mojego pokarmu nie starczyło dla dwójki. Przy tak wielkim stresie jaki przeszłam wszyscy dziwili się, że tak sumiennie przywożę mleko dla dzieci, pomimo że było go naprawdę mało (ok. 50-60 ml z każdego ściągnięcia). We wrześniu trochę chorowałam, brałam antybiotyk i niestety nie mogłam podawać im ściąganego w tym czasie mleka. Zanim jednak zaczęłam brać antybiotyk, uzbierałam przez weekend 12 porcji mleczka i woziłam codziennie po jednej porcji, żeby maluszki miały choć jeden posiłek z mojego mleczka. Nie wchodziłam na oddział tylko podawałam mleko pielęgniarkom przez drzwi. Wtedy nie widziałam dzieci przez tydzień. Po tym zdarzeniu pielęgniarki z oddziału mówiły, że powinnam otrzymać medal za utrzymanie tak długo laktacji, bo niejedna mama dawno by już zrezygnowała. Bardzo mnie tym zmobilizowały. Udało mi się dokarmiać dzieci moim pokarmem do końca stycznia, chociaż bardzo chciałam dłużej, ale pokarm niestety po prostu zanikł.

Po jakim czasie mogłaś przytulić dzieci? Jak to wspominasz?

W szpitalu, w którym leżały moje dzieci panują sztywne zasady dotyczące odwiedzin. Na intensywnej terapii można było odwiedzać dzieci 2 razy dziennie po 1 godzinie od 11 do 12 i od 17 do 18. Również kangurowanie odbywało się dopiero po tzw. zejściu z rurki, czyli odłączeniu od respiratora. Zazdroszczę tym mamom, które mogły kangurować swoje maleństwa praktycznie od pierwszych dni życia. Moje maluchy zeszły z respiratora dopiero we wrześniu, akurat w tym czasie kiedy chorowałam, więc nie było mowy o kangurowanu. Tak naprawdę pierwszy raz miałam dzieci na rekach dopiero 10 października, kiedy przeniesiono je z inkubatorów do łóżeczek. Było to niesamowite uczucie. Po tak długim czasie mogliśmy w końcu przytulić nasze dzieci. Nie obyło się bez łez wzruszenia…

12516553_201169510255071_1663326633_n

12092637_201169220255100_1264632907_n

Kiedy poczuliście, że możecie odetchnąć z ulgą, że życiu dzieci już nic nie grozi?

Dzieci bardzo długo były podłączone do respiratorów. Na nasze pytania dotyczące ich zdrowia ciągle słyszeliśmy, ze ich stan jest labilny. Pewnej nocy Ania wyciągnęła sama rurkę od intubacji i poradziła sobie z oddechem. Następnego dnia była już na CPAPie. Lekarze postanowili podać Stasiowi sterydy i po kilku dniach on również był już na CPAPie, a kilka dni później oddychali już za pomocą maseczek z tlenem. Wtedy dopiero odczuliśmy ulgę. Wiedzieliśmy, że nic złego już się nie może wydarzyć i kwestią czasu jest, kiedy zabierzemy maluszki do domku. Oczywiście w międzyczasie wyszedł jeszcze jeden mega stres związany z wykryciem retinopatii i laserami na oczy w innym szpitalu, ale mieliśmy świadomość, że nasze dzieci retinopatia nie ominie.

Dzieci mają już ponad 8 miesięcy. Jakie postępy poczyniły?

Od dnia kiedy przywieźliśmy je do domku, takie malutkie, wystraszone, bojące się przewijania, kąpieli, czekałam na dzień kiedy popatrzą na mnie. Najważniejsze dla nas było, aby dzieci miały z nami kontakt wzrokowy; resztę niedoskonałości można rehabilitować. Pierwsza zaczęła skupiać wzrok Ania. Kiedy Staś jeszcze wodził wzrokiem po ścianach, Ania zaczęła się uśmiechać. Pod koniec stycznia Staś popatrzył na mnie pierwszy raz przez krótką chwilę. Pomimo, że lekarze neurolodzy ciągle twierdzą, że rokowania dzieci są niepewne i czeka je długoletnia rehabilitacja, to nasze maluszki ciągle nas zaskakują. Ładnie trzymają główki, nie boją się już kąpieli, która sprawia im teraz radość. Skupiają się, kiedy opowiadam im krótkie bajki lub śpiewam piosenki. Łapią zabawki – na razie tylko jedna rączką, ale ćwiczymy łapanie zabawek obiema rączkami. Ładnie jedzą z butelki i najważniejsze: przybierają na wadze. Każdego ranka, kiedy mówię do Ani „dzień dobry, Aneczko”, ona odpowiada mi pięknym uśmiechem, który dodaje mi energii na kolejny dzień. Dzieci od kilku dni reagują na siebie, kiedy położę ich obok siebie dotykają się rączkami i się śmieją… widać w nich ogromną radość z życia.

Jaką pracę musicie wkładać Wy oraz oczywiście Staś i Ania, by te sukcesy były możliwe?

Dzieci urodziły się w ciężkiej zamartwicy, mają stwierdzoną dysplazję oskrzelowo-płucną, rozedmę śródmiąższową, miały wylewy dokomorowe (III stopień u Ani i III/IV u Stasia), retinopatię 3 stopnia, niedoczynność tarczycy, niedokrwistość (kilka razy miały przetaczaną krew) oraz mają kamicę nerkową. Staś miał również drożny przewód Botalla oraz przepuklinę mosznową, która była operowana już po wyjściu ze szpitala.

Dzieci były rehabilitowane jeszcze na oddziale prawie od samego początku przez wspaniałą panią rehabilitantkę. To ona nauczyła dzieci ssać, dzięki czemu nie miały kłopotu z przejściem z karmienia sondą na butelkę, a nawet ładnie przystawiały się do piersi. Po powrocie do domku również przyjeżdżał do nas pan rehabilitant, który nauczył nas jak mamy z dziećmi ćwiczyć. Od lutego dzieci jeżdżą do specjalnego ośrodka wczesnej interwencji gdzie są również rehabilitowane i mają zajęcia również z pedagogiem i logopedą. I tak 3 razy w tygodniu dzieci są rehabilitowane przez fizjoterapeutę (raz w ośrodku, a 2 razy prywatnie) a w pozostałe dni ćwiczę z nimi ja.

Oprócz rehabilitacji, która jest dla dzieci najważniejsza, aby mogły się prawidłowo rozwijać, musimy również ćwiczyć oczy. W związku z retinopatią i laserem na oczy, dzieci mogą mieć powikłania okulistyczne. Jesteśmy pod opieką poradni okulistycznej oraz chodzimy na specjalne zajęcia do Polskiego Związku Niewidomych i Słabowidzących.

Wszystkie skrajne wcześniaki mają zagrożenie uszkodzenia słuchu. Nasze maluchy miały 3 razy badany słuch. Po ostatnim badaniu, które miało miejsce pod koniec lutego wiemy, że Staś słyszy, natomiast Ani badanie znowu nie wyszło i kolejne podejście będzie miała w kwietniu. Jest to dla nas trochę stresujące, bo pomimo że wydaje nam się, że Ania słyszy, to zawsze jest ta niepewność dopóki nie zostanie to potwierdzone specjalistycznym badaniem.

Oprócz powyższych dzieci są pod opieka następujących lekarzy: neurolog, okulista, audiolog, kardiolog, nefrolog, endokrynolog, dermatolog, ortopeda, a także Staś dodatkowo chirurg i neurochirurg.

Po wyjściu ze szpitala dostaliśmy w sumie 15 skierowań do specjalistów. Od wyjścia ze szpitala, tj. od 13.11 do 30.12.2015 byliśmy łącznie na 31 wizytach. Im dzieci są starsze tym tych wizyt jest coraz mniej, ale zdarzają się takie tygodnie gdzie codziennie musimy gdzieś z dziećmi jechać.

W styczniu byłam z Anią 2 razy w szpitalu na nefrologii i endokrynologii, a w marcu będziemy w szpitalu na oddziale nefrologii po raz kolejny, ale tym razem bierzemy ze sobą Stasia.

Na szczęście nie napotykamy jakiś wielkich trudności w dostaniu się do specjalistów. Lekarze widząc maluchy i znając ich historię zawsze bardzo się dziwią, że dały rade i są naprawdę życzliwi i chętnie pomagają.

Wspierają nas również dwie fundacje:

Fundacja „Wcześniak Rodzice-Rodzicom”, gdzie dzieci mają założone subkonto, na które zbierane są darowizny oraz 1% z podatku oraz

Fundacja „Razem Łatwiej”, która dzwoni do ludzi i prosi o datki na rehabitację Ani i Stasia.

Jak daleko wybiegasz w przód, myśląc o swoich dzieciach? Wyobrażasz ich sobie jako przedszkolaków, uczniów? Jak widzisz ich przyszłość?

Życie nauczyło mnie, aby nie wybiegać z myślami daleko w przyszłość. Staramy skupiać się na tym co jest teraz i robić wszystko co na daną chwilę jesteśmy w stanie zrobić. Oczywiście czasem wyobrażam sobie, że maluchy będą chodzić, mówić, same przytulać się do nas. Teraz pracujemy aby ten cel w przyszłości osiągnąć.

Co chciałabyś przekazać rodzicom skrajnych wcześniaków, takich jak Ania i Staś?

Nawet jeśli wydaje się, że coś nie jest możliwe, że cały świat jest przeciwny, nigdy nie można się poddawać. Istnieje bowiem jeszcze siła wyższa, która może wszystko.

Wcześniaki to dzieci, które mają w sobie ogromną siłę i wolę walki o życie, które dali im rodzice. Rodzic wcześniaka jest wyjątkowy, bo Bóg doświadcza tych, których kocha, a nie każdy rodzic podołałby takiemu wyzwaniu.

I jeszcze jedno. Lekarze takim dzieciom powinni kłaniać się w pas, bo większość wcześniaków jest zaprzeczeniem ich „nieubłaganych statystyk”…

Dziękuję, Małgosiu, za podzielenie się Waszą wzruszającą, a jednocześnie dającą nadzieję historią!

12476347_200569503648405_1329960483_n

Wierzę, że Czytelnicy zechcą wesprzeć Anię i Stasia w ich upartej walce o zdrowie.

Można zrobić to, wpłacając dowolną kwotę na subkonto w Fundacji „Wcześniak – Rodzice Rodzicom” (66124063511111001061706634, z dopiskiem „Darowizna dla Anny i Stanisława Zalewskich”) lub przekazując 1% podatku na cel „Anna i Stanisław Zalewscy”, KRS 0000191989.

Ania i Staś ucieszą się także z zabawek edukacyjnych (także używanych), które zechcecie im podarować. Są one ważne w ich rehabilitacji, a niestety kosztowne. W sprawie przekazania zabawek można kontaktować się ze mną poprzez stronę na Facebooku lub pisząc pod adres izabela@elementarzmamy.pl

Zachęcam Was gorąco do śledzenia postępów Ani i Stasia tutaj (polubcie ich stronę, by na bieżąco obserwować te cuda!)

 

Proszę, pomóżcie nam dotrzeć do wielu Czytelników, udostępniając wpis znajomym.

 

 

 

 

 

Podziel się
  • Kamila Konrad

    Ale historia .
    Trzymam kciuki aby z dnia na dzień było lepiej .

  • http://www.dzieciowo.pl/ Krusz.

    Brak słów. Chapeaux bas.

  • http://gulbaska.pl Aleksandra Gulbas(ka)

    Czytając tę rozmowę miałam łzy w oczach… Mi na szczęście udało się dotrzymać ciążę do 38tc, ale leżałam na sali z koleżanką, która urodziła w 24 i 4 tc. Dziewczynka ma dziś dwa lata, chodzi do żłobka i już jest starszą siostra 🙂 gratuluję siły i życzę wiele dobrego :-*

  • http://www.blizniakinapiersi.pl/ Bliźniaki na piersi

    Siedzę i płaczę… Małgosiu jesteś cudowna i masz cudowne dzieci! To piękne, że maluszki dostały od Ciebie tyle mleczka.

  • http://jagodowamama.blogspot.com/ Jagodowa Mama

    Niesamowita historia. Małgosiu, gratuluję Ci siły. Mam nadzieję, że te początkowe trudy zostaną Ci wynagrodzone i z maluchami już wszystko będzie dobrze.

  • http://www.spesalvi.pl/ Spesalvi

    Piękna historia. Udostępnię ją oczywiście u siebie, ale – pozwól – zabiorę również na Mądrych Rodziców.

    • http://www.elementarzmamy.pl/ Izabela

      Jestem zaszczycona!

  • Iwona

    Cudowna historia! Życzę wam wszystkim dużo siły i jak najwięcej zdrówka. Wierzę, że już teraz będzie tylko lepiej. A lekarzy z porodówki za brak empatii i znieczulicę powinno się zwolnić z pracy. Coś okropnego!

  • http://www.mamanotuje.pl Mama notuje

    Życzę Wam dużo zdrowia, sił, wytrwałości i nie tracenia nadziei, że wszystko będzie dobrze. Jesteście bardzo silni – cała czwórka.

    Jedyne co mnie denerwuje w tej historii, to podejście lekarzy. Jak napisałaś, że nie chcieli ratować Stasia, to miałam ochotę ich znaleźć i walnąć w te bezduszne łby

  • http://gisikowo.com/ Małgorzata Gołębska

    Niesamowita historia. Trzymam mocno kciuki za całą rodzinę.

  • Florentyna

    Piękna i wzruszająca historia. Sama urodziłam swoją córeczkę w 29 tygodniu ciąży pod koniec ubiegłego roku, ważyła 1.25kg. Codzienne dojazdy do szpitala wykańczały mnie psychicznie, w koncu każda matka chce miec swoje dziecko przy sobie. Całe szczęście ze ja jako matka razem z mężem mogliśmy byc u małej 24/7 przyjeżdżaliśmy kiedy chcieliśmy i na jak długo chcieliśmy. Mała raz miała transfuzje krwi a tak wszystko w porzadku. To prawda ze wcześniaki sa silniejsze. Teraz razem w trójkę jestesmy w domu i cieszymy sie z każdego dnia. Duzo zdrówka i siły dla maluchów!

  • Nefertari

    Piękna historia… Jak dobrze, że mieli siłę, że się nie poddali! Ach, kopnąć tych lekarzy – powinni wspierać, bez wyjątku!

    Nie maluchy rosną i dzielnie się trzymają!

  • Sylwia Ramos

    mój wcześniak nie dostał takiej szansy 25 tyg,940 g i 5 punktów zył 3 h nawet go nie przewieżli do krakowa bo rodzilam w zadupiu bez opieki i oddziału dla takich dzieci

    • http://www.elementarzmamy.pl/ Izabela

      Bardzo mi przykro. Rozumiem, że poród nastąpił nagle?

      • Sylwia Ramos

        tak ,wody odeszły ,badania ok a pierworodny tez wczesniak 33 tyg 2900,56cm i 10 punktów .100% ZDROWY

  • Kasia

    Nie tylko miałam łzy w oczach, ale ciekły po policzku… Dziękuję za ten wywiad 🙂 Brawa dla rodziców a co do lekarzy to brak słów :S niech dzieci zdrowo się rozwijają 😀

  • http://jaksietrzymac.pl Alicja Liddell

    Czytalam i plakalam. Dobijam do 20tc z moimi blizniakami i bardzo przezywam takie historie – pelne wzruszenia ale i nadziei.

    • http://www.elementarzmamy.pl/ Izabela

      Na szczęście bliźnięta choć zwykle rodzą się przed terminem,to jednak w bezpiecznym czasie. Życzę szczęśliwego rozwiązania!

Polub Elementarz

Hurra chcesz mnie polubić
Hurra chcesz mnie polubić
INSTAGRAM

Chmurka

adaptacja do przedszkola Baleron białoruski z szynkowara; karkówka z szynkowara bank mleka; mleko matczyne; Salma Hayek karmi piersią; karmienie czyjegoś dziecka bezdech bicie dzieci blendowanie chłopiec bawi się lalkami; co robić z dzieckiem czworaczki z Bydgoszczy; czworaczki; pomoc dla czworaczków czytanie dziecku; jak zachęcić do czytania domowa mielonka tyrolska; mielonka z szynkowara etykietowanie dziecka; rola ojca w życiu dziecka gotowanie dla niemowlaka instagram jak skutecznie i bezpoleśnie popełnić samobójstwo; jak się zabić; jak odebrać sobie życie jak wykąpać bliźniaki jak wyrwać mleczaka jak zwiększyć szansę na bliźniaki karmienie piersią trojaczków; karmienie tandemowe; jak karmić trojaczki kolka niemowlęca; sposoby na kolkę; sab simplex; biały szum najtrudniejsze w wychowaniu bliźniąt narodziny niebanalny prezent; prezent dla babci; prezent dla dziadka niebezpieczne środki czystości; naturalne środki czyszczące odpieluchowanie bliźniąt; nocne odpieluchowanie; nauka korzystania z nocnika pierwsza zupka Polisport Wallaby Evolution rozszerzanie diety Rummikub; gra rodzinna; fajna planszówka Sala Zabaw w Lublinie; wyniki konkursu samobadanie piersi; samobadanie jąder; gra wstępna śmierć w nagrzanym samochodzie spanie z dzieckiem; współspanie; dzielenie snu; bliskość w nocy strzykawka talk-show; prawda w mediach; najpopularniejszy talk-show tort usypianie przedszkolaka wagon Step2; dla bliźniąt; wózek dla bliźniaków warzywa na balkonie; kreatywne zabawy ekologiczne weleda Wielkanoc współspanie bliźnięta zabawki do kąpieli; Lilliputz; Wężowa wyspa; Fisher Price; Hot Wheels; Przyjaciele z wanny zapiekanka z cukinii; obiad z cukinii; cukinia na kanapki ziemniaczki pieczone po żydowsku; ziemniaki po żydowsku